czwartek, 1 października 2015

Rozdział 2 ,,To takie nierozsądne''

Witam! Miło mi, że zdecydowałeś/aś wpaść tu ponownie i przeczytać drugi rozdział mojego opowiadania. Na wstępie powiem jedynie, że rozdział jest dość krótki ale nadrobię to ponieważ następny pojawi się trochę szybciej niż powinien (15 października). Miłego czytania!
*****

,,Nie zawsze to co będzie Ci się wydawało odpowiednie zaprowadzi Cię tam gdzie w gruncie rzeczy chcesz się znaleźć''
Spojrzałam na blok na przeciwko miejsca w którym usiadłam. Była godzina dwudziesta pierwsza, a mi było tak cholernie zimno, że nawet wolę tego nie wspominać. Padał deszcz, a pogoda z zeszłego dnia stała się wspomnieniem, tak samo jak światło się nim moje zeszłe życie. Miałam dziesięć dolarów  w kieszeni, jeansowy plecaczek z ubraniami oraz starego jak świat iPhone'a. Rozejrzałam się dookoła. Ulica zdawała się był pusta jedynie sklep jakieś sto metrów ode mnie świecił jasnym, zimnym, ledowym światłem. Podkuliłam nogi pod siebie i wbrew własnej woli zaczęłam płakać.
-Było tego nie robić. - szepnęła mi moja podświadomość, a ja nie potrafiłam jej zignorować. - Przecież nic złego nie zrobiłam. - szepnęłam sama do siebie. W gruncie rzeczy tak właśnie było. Nie zrobiłam niczego na tyle strasznego i poniżającego, żeby Jack wyrzucał mnie z domu. - Jasne, że zrobiłaś coś złego, kretynko. - ponownie szepnęłam do siebie, ponieważ uznałam, że  próby okłamywania samej siebie są żałosne. Byłam dziwką. Może nie w tym dokładnym i ukierunkowanym sensie o którym od razu każdy pomyśli, jednak dzięki temu wszystkiemu co zrobiłam i co teraz zrobił Jack, tak właśnie się czułam. Włożyłam głowę pomiędzy swoje kolana i jeszcze raz zapłakałam. Miałam ochotę wrzeszczeć i kopać, jednak cały gniew zostawiłam w środku. Byłam bezsilna i miałam na sobie wyrok śmierci.
-Może umrę jeszcze tej nocy zasztyletowana przez jakiegoś mężczyznę w czarnej kominiarce, a może pożyję jeszcze kilka miesięcy jako ,,pani do towarzystwa'' a jakimś obskurnym burdelu, do którego ktoś mnie porwie. -pomyślałam gorzko.Tak czy inaczej w tym momencie wszytko było mi obojętne.  W pewnej chwili ktoś dotknął mojego lewego ramienia na co, aż podskoczyłam gotowa do ucieczki i krzyczenia na całą ulicę, jednak owy ,,ktoś'' skutecznie mnie od tego powstrzymał mówiąc spokojne i krótkie ,,cśśś''.Do tej pory nie wiem czemu to mnie uspokoiło.  Spojrzałam na osobnika który przed chwilą o mało co nie przyprawił mnie o zawał serca. Był to szczupły aczkolwiek wysportowany, trochę ode mnie wyższy mężczyzna. Miał na sobie czarne rurki i rozpiętą skórzaną kurtkę z pod której widać było bluzkę z dziwnym znaczkiem, coś jak trójkąt tylko przedzielone na pół.
-Czego Pan ode mnie chce ? - zapytałam niezbyt grzecznie i zrobiłam dwa kroki w tył, tak na ,,wszelki wypadek'' . W odpowiedzi zobaczyłam tylko uśmiech na twarzy nieznajomego. Na pewno dopiero teraz zauważył jak byłam ubrana. Pewnie gdybym sama siebie zobaczyła też bym się roześmiała. Jeans'owe krótkie spodenki z wysokim stanem oraz biały croop-top a do tego białe vansy i tylko białe Vansy. - Odpowie mi Pan? - zapytałam denerwując się jeszcze bardziej. Nagle facet zrobił dwa kroki w przód tak, że teraz jego twarz oświetlała latarnia. Miałam ochotę przetrzeć oczy ze zdziwienia. Nie wiedziałam czy ja zwariowałam czy to może mi się śni, ale przede mną stał Jared Leto i lustrował mnie wzrokiem. Średniej długości brąz włosy z jasnymi końcówkami okalały jego twarz, a niebieskie jak ocean oczy wpatrywały się w moje drżące dłonie.
-Jak masz na imię? - zapytał. - Bo ja chyba nie muszę się przedstawiać. - dodał z uśmiechem.
-Cóż za pewność siebie - mruknęłam pod nosem, ale podejrzewam, że on i tak to usłyszał. Po chwili jednak dodałam. - Victoria. Victoria Catherine Moore. - ostanie słowa powiedziałam już pewnym głosem. Znałam młodszego z braci Leto zaledwie od kilku sekund, a już zdążyłam go znienawidzić do końca. Tak, dobrze słyszycie. Wcześniej też go nie lubiłam, głównie przez to, że ostatnio we wszystkich gazetach piszą o ich nowym albumie, a ja naprawdę nie rozumiem jego fenomenu! Mogłabym powiedzieć, że ewentualnie dwie, może trzy piosenki są ,,spoko'', a reszta jak na mój gust jest albo ,,do zniesienia'' albo ,,wyłącz to radio bo moje uszy protestują''. Nie wiem czemu, ale denerwowało mnie to zachwycanie się ich płytą do tego stopnia, że aż ich samych znielubiłam, poza tym ogólnie drażnili mnie sławni, zadufani w sobie ludzie.
-Nie chciałem żebyś to tak odebrała, po prostu widać było, że mnie poznałaś. - uśmiechną się w ten sam sposób co kilka minut temu.
-Tak czy inaczej było to z Pana strony, Panie Leto,  niegrzeczne. - powiedziałam zimnym tonem, na co on zaśmiał sie szczerym śmiechem.
-Proszę mówi mi Jared. - powiedział gdy skończył się śmiać.
-Wydaje mi się, że nie jesteśmy jeszcze na tym etapie znajomości. - mówiłam tym samym zimnym i obojętnym tonem. Czy tylko mi ta rozmowa wydawała się absurdalna? W ogóle czego on ode mnie chciał? - Mógłby mi Pan powiedzieć w końcu o co chodzi? - zapytałam zniecierpliwiona. Czy ja nie mogę nawet popłakać w samotności? Byłam zła, smutna, rozdrażniona i było mi zimno.
-Swoją drogą to tez nie jest zbyt uprzejme pytanie. - powiedział całkowicie ignorując sens tego właśnie pytania. - Jednak skoro nalegasz to Ci powiem. Chciałem zapytać co o tej porze robi tak młoda dziewczyna sama w takim miejscu.Tu nie jest zbyt bezpiecznie - ostatnie słowa powiedział przyciszonym głosem.
-Nie widać? Siedzę i zastanawiam się nad życiem. - odpowiedziałam sucho.
-Myślę, że lepszym wyjściem byłoby porozmyślanie nad nim w domu. - powiedział z uśmiechem. Na samą myśl o Jacku i o ,,domu'' zachciało mi się płakać. Czułam jak łzy zbierają mi się pod powiekami jednak za wszelką cenę starałam się nie pozwolić im popłynąć.
-Oczywiście - powiedziałam z nutką kpiny - Bo ty masz dom. - dodałam nie mogąc powstrzymać jednej łzy która samotnie spłynęła po moim policzku, jednak ja szybko ja otarłam wierzchem ręki. ,,Pan Jared'' chyba zauważył co się dzieje bo powiedział już nieco poważniejszym głosem.
-Nie wyglądasz na bezdomną.
-Bo jestem nią od dzisiaj rano.  - odparłam patrząc się na swoje dłonie.
-Uciekłaś? - zapytał marszcząc brwi.
-Chłopak mnie wyrzucił. - powiedziałam. Nie wiem dlaczego mu się w tedy z tego zwierzyłam, ale poczułam się trochę lepiej i to chyba najważniejsze. - Pokłóciliśmy się i jakoś tak wyszło. - dodałam, a między nami zapadła niezręczna cisza. - Także ja już chyba pójdę i dziękuję za troskę. - powiedziałam łamiącym się od płaczu głosem. Co z tego, że to on tu przyszedł i to ja tu siedziałam. Poczułam, że taktownie było aby jedna ze stron już poszła a, że on się na to nie zbierał to ja postanowiłam ruszyć przed siebie. Los jednak postanowił zakpić sobie z moich planów, bo po chwili poczułam jak ktoś łapie mnie za nadgarstek i odwraca przodem do siebie. Automatycznie wyrwałam rękę i odskoczyłam przypominając sobie zdarzenia z dzisiejszego poranka. Młodszy z barci Leto chyba tego nie zauważy, bo od razu zaczął coś mówić.
-Prześpij tą noc u mnie w domu. - wyrzucił z lekkim uśmiechem. Jego chyba ta sytuacja bawiła, ale mnie zdecydowanie nie było do śmiechu.
-Słucham? - zapytałam głupio. Musiałam się przesłyszeć. Czy jeden z najpopularniejszych gwiazd rocka właśnie zaproponował mi nocleg u siebie w w domu i czy to nie było trochę dwuznaczne?
-Czy nie chciałabyś przespać tej nocy u mnie w domu? - zapytał łagodnym tonem, a jego oczy spojrzały prosto w moje. Nie wiem dlaczego, ale przez moje ciało przeszedł wtedy jakiś dreszcz. Nie mogłam zaprzeczyć, że Jared ma piękne oczy. Duże, niebieskie, głębokie, a zarazem nie ukazujące emocji. Rozejrzałam się dokoła, a potem spojrzałam już wprost na niego. Czego on tak właściwie chciał? Odkąd gwiazdy Hollywood proponują nocleg bezdomnym? Czy tylko mi się wydawało, że jego propozycja ma drugie dno? Pewien podtekst, o którym wolałam nie myśleć.
- A kto by Ciebie chciał?- pomyślałam z kipnął. Jack nie raz w kłótni mi powiedział, że mam szczęście będąc z nim bo nawet ślepy by nie... A zresztą czy to takie ważne? -Ja, nie...-zaczęłam się jąkać. Nie wiedziałam co powiedzieć. Miałam do wyboru to, albo nocowanie na ławce w jakiejś niebezpiecznej dzielnicy. Nie wiem w ogóle czemu on mi to proponował. - Ja nie...-jednak nie dane mi było dokończyć bo po chwili brąz włosy mężczyzna mi przerwał.
-Nie bój się, nic Ci nie zrobię. - powiedział spokojnym tonem. Spojrzałam na niego niepewnie i lekko pokiwałam głową. Skoro tak mówi. Pewnie myślicie, ę byłam naiwna, ale ja po prostu byłam zagubiona i się bałam, cholernie się bałam.
-,,Raz się żyje'' - pomyślałam i spuściłam wzrok. Pomimo jego zapewnień i tak nie byłam pewna jego zamiarów, jednak wydawało mi się to rozsądniejsze niż nocowanie na ulicy.
-Chodź zaprowadzę Cię do samochodu. - powiedział i wskazał ruchem ręki abym poszła za nim. Przeszliśmy kawałek, do końca ulicy i tuż za zakrętem zobaczyłam czarnego Mercedesa klasy ,,S''. Jared jak gdyby nigdy nic otworzył mi przednie drzwi od strony pasażera i zaprosił mnie do środka. Niepewnie wsiadłam do niewątpliwie drogiego samochodu w którym nie czułam się zbyt swojo i położyłam mój plecaczek tuż przy nogach. Po chwili Jared usiadł za kierownicą i ruszył w stronę chyba najpopularniejszej dzielnicy w LA. Hollywood.
-Czemu właściwie to robisz? - zapytałam się nagle, nie do końca świadoma swoich słów. Zaczęłam nerwowo wystukiwać jakiś rytm palcami na swoim udzie.
-Bo lubię pomagać ludziom. - odpowiedział lakonicznie. Nie zdziwcie się na to co teraz napiszę, ale prychnęłam na te słowa. Brzmiały one jak wyjęte z jakiegoś taniego czasopisma modowego w których gwiazdki starają się zwrócić na siebie uwagę poprzez mówienie właśnie czegoś takiego.-Co Cię tak śmieszy?- zapytał marszcząc brwi.
-Nic, tylko ...To nie może być takie proste. - powiedziałam cicho.
-Może i jest. - uciął i włączył radio. Przez chwilę zastygłam w obawie, że może być jednym z tych artystów którzy słuchają własnych płyt w samochodzie, ale po chwili odetchnęłam z ulgą kiedy poleciały pierwsze słowa piosenki ,, Civil War'' Guns N' Roses . Młodszy Leto cicho nucił słowa piosenki i byłam prawie pewna, że ją lubi. Tak samo jak ja. Czy nie byłoby dziwnie gdybyśmy mieli ten sam gust muzyczny? Przecież to nie było możliwe. Gdyby tak było, to na pewno podobałaby mi się jego płyta, ich płyta.
-O czym ja myślę? - szepnęłam, przecież jedna piosenka nie jest dowodem na to, że lubimy to samo.
-Też się zastanawiam. - powiedział nagle Jared. Może mi się wydawało, a może to byłą rzeczywistość ale on chyba starał się rozładować napięcie między nami. Pominą chyba jednak jedną ważną rzecz. Okoliczności w jakich wsiadłam do tego samochodu.
 *****
-Już jesteśmy? - zapytałam gdy samochód stanął na podjeździe przed wielkim nowoczesnym domem. Rozejrzałam się dookoła i muszę przyznać, że aż się uśmiechnęłam. Na około domu był ogródek. Nie było w nim jakiejś specjalnej ilości roślin. Jedynie kilka drzew i altanka na samym środku po prawej. Była dość duża i cała biała tak samo jak dom, tylko z tym przeciwieństwem, że dom miał czarny dach.
-Tak już jesteśmy. - powiedział po czym wysiadł z samochodu, a ja nie myśląc za wiele zrobiłam to samo. W drodze do wielkich szklanych drzwi, najprawdopodobniej wejściowych, próbowałam rozejrzeć się, aby dostrzec szczegóły ogrodu jednak dwie latarnie zdawały się być zbyt małym źródłem światła aby cokolwiek dostrzec. Jared otworzył przede mną drzwi, a światło od razu się zapaliło.
*****
Następny rozdział ukaże się : 15 Października 2015r.

wtorek, 1 września 2015

Rozdział 1 ,,Przechodząc przez falę rozmyślań''

Cześć! Na początku chciałam Ci podziękować za to, że odwiedziłeś/aś mój blog. Z całego serca dziękuje wszystkim, zarówno tym którzy czekają ponad miesiąc jak i tym którzy są tu na przykład od dwóch dni. Gdy przeczytasz ten wstęp Twoim oczom ukaże się pierwszy rozdział mojego autorskiego opowiadania ściśle powiązanego z tematyką mojego ,,ukochanego'' zespołu 30 Seconds To Mars. Opowiadanie zdecydowałam się pisać z dwóch podstawowych powodów :
- Chciałam rozwijać swoje umiejętności pisarskie,
-Pragnęłam pokazać Ci wizje tego co działo i układało się w mojej głowie od dłuższego czasu,
Historia ta zaczyna się od, niektórym nie zbyt łatwego do zrozumienia, prologu którego przekaz(jak się zresztą później dowiesz) ma związek z końcówką tego opowiadania. Wszystkie rozdziały będą prowadzić do tej właśnie refleksji głównej narratorki,Victorii. Tak jak już wspomniałam wcześniej poniżej znajduje się pierwszy rozdział. Na razie nie występują w nim wszyscy bohaterowie, ale na to nie będziecie musieli długo czekać. Mam nadzieję, że wam się spodoba!
Ps. SKOMENTUJ! To bardzo mobilizuje do działania!
*****
Samolotem lecieliśmy już jakieś półtorej godziny. Pomimo pięknego widoku chmur zza okna i spokojnego oddechu mojego chłopaka, mój żołądek cały czas był związany w ciasny supeł. Od dziecka bałam się latać i przysięgałam, że nigdy nie polecę.
-Warto. - powiedziałam cichutko sama do siebie. Jakbym jeszcze miała jakiś odwrót! Po wejściu do samolotu myślałam, że wybiegnę z płaczem niczym malutka dziewczynka i dostanę ataku histerii. Jedyny powód dla którego zostałam w środku śmiercionośnej maszyny to moje marzenia, a właściwie nasze marzenia. Razem z Jack'iem od 3 miesięcy planowaliśmy wyjazd do Los Angeles. Cały pomysł zrodził się gdy umarła babcia mojego ukochanego zostawiając mu w spadku swoje mieszkanie w Mieście Aniołów. To był mały promyczek radości w wielkiej żałobie. Jack postanowił, że wyjedziemy po moich ostatnich w życiu egzaminach. Czy tylko mi taki wyjazd wydawał się spełnieniem najskrytszych marzeń i pragnień. Był on również potwierdzeniem iż razem stanowimy coś poważnego i trwałego. W Los Angeles mieliśmy być za dwie godziny. - Dwie godziny tortur psychicznych przeplatanych nagłymi palpitacjami serca - szepnęłam sama do siebie opierając głowę o szybę. W pewnym momencie wlecieliśmy w chmurę, a ja aż podskoczyłam. Obróciłam się w stronę śpiącego bruneta, jednak nie znalazłam tam żadnej pomocy, a tym bardziej jakiegokolwiek wsparcia psychicznego. - Uspokój się Victoria - mówiłam sama do siebie.- Włącz sobie muzykę i się odpręż. - ku mojemu nieszczęściu powiedziałam to na tyle głośno, że Pani dwa fotele ode mnie spojrzała się na mnie pytającym wzrokiem. Zarumieniałam się i włożyłam słuchawki do uszu. Wybrałam pierwszą lepsza piosenkę i oparłam się wygodnie. Spokojna muzyka powoli wyciszała mój umysł i koiła nadszarpane nerwy. Chciałam z kimś porozmawiać, poczuć czyjąś bliskość, ale niestety mój partner spał. Swoje smutne spojrzenie skierowałam gdzieś w dal i zatraciłam się bez reszty w krainie rozmyślań.
***
Na miejsce dolecieliśmy bez żadnych opóźnień czy problemów. Lekko jeszcze zaspany Jack razem z naszymi walizkami podążał do wyjścia, a ja snułam się tuż za nim jak cień. Gdy wychodziliśmy, ostatni raz zerknęłam przez ramię na wielkie pomieszczenie. Tak duże przestrzenie zawsze mnie przytłaczały. Ukazywały mi jak bardzo jestem mała, krucha i nie ważna dla całego świata. Brunet otworzył mi drzwi od taksówki i przepuścił mnie po czym pospiesznie usiadł koło mnie. Taksówkarz jakby od niechcenia ruszył w podanym przez nas kierunku. W LA było bardzo ciepło. Termometr pokazywał, aż na 31 stopni. Mój chłopak kochał upały, a ja wręcz przeciwnie. Jakby tak na to spojrzeć to dzieliło nas wiele rzeczy. On kochał Fast Food, a mi chciało się wymiotować na myśl o tłustym BigMac'u. On kochał chodzić na głośne imprezy z dużą ilością osób i  alkoholu, a ja wolałam kolację przy świecach z lampką wina. On kochał boks i football, a ja wolałam balet albo lekkoatletykę. Jednak mimo tych wszystkich różnic i sporów i tak byliśmy razem tworząc szczęśliwy związek. Przynajmniej wtedy mi się tak wydawało. Może dla tego, że nie wiedziałam czym jest prawdziwe szczęście. Gdy dojechaliśmy na miejsce Jack wysiadł pierwszy i przytrzymał mi drzwi ,,niczym prawdziwy gentleman''. Nawet nie wiem dlaczego w mojej podświadomości zabrzmiało to ironicznie. Staliśmy przed średniej klasy wieżowcem. Miał około dwudziestu pięter. Nie będę zaprzeczać iż mieszkanie w tak wysokim budynku , w dodatku na piętnastym pietrze, napawało mnie radością, jednak poczułam delikatne uczucie tęsknoty za moim dwu poziomowym domkiem z ogrodem w którym bawiłam się jako małe dziecko. Te i inne myśli krążyły po mojej głowie, prześcigając się i wprawiając mnie w wahania nastrojów.
-I jak Ci się podoba? - szepną mi na ucho brunet.
-Jest...-tu na chwilę się zacięłam nie wiedząc co mam powiedzieć. W sumie nie pasowało by tu słowo piękny czy też wspaniały. - ...zjawiskowy. - powiedziałam pierwsze co przyszło mi na myśl.
-Zaczekaj, aż wejdziesz do środka- mówiąc to mój partner wyraźnie się rozpromienił. - Na pewno Ci się spodoba - dodał gdy już weszliśmy do budynku. Był dość nowoczesny i bardzo minimalistyczny. Hol wejściowy jak i klatka schodowa było utrzymane w odcieniach szarości. Jack podszedł do windy i nacisną przycisk ze strzałką skierowaną do góry. Po chwili winda była już na parterze, a my wsiadaliśmy do środka. Brunet kolejny raz nacisnął przycisk, tym razem jednak z pogrubianą liczbą piętnaście. Na nasze piętro dojechaliśmy zdumiewająco szybko. Rozejrzałam się dookoła, było tu sześć par drzwi i wszystkie w tym samym ciemno-brązowym kolorze. Jack poprowadził mnie do tych trzecich z prawej po czym przekręcił zamek. Moim oczom ukazało się małe mieszkanko w brązowo-brzoskwiniowo-kremowych kolorach. Było bardzo przytulne, ale niestety nie w moim guście. Ja lubiłam nowoczesność i kontrasty. Biały z czarnym i żółtymi dodatkami, albo czerwony z białym i szarymi dodatkami. Lubiłam przejrzystość w pomieszczeniach. Duże okna i mało dodatków. Byłam minimalistką. To mieszkanie natomiast było całkowitym przeciwieństwem tego co kochałam. Najgorsze w tej sytuacji było to, że myślałam, że mój partner wie co mi się podoba. Nic bardziej mylnego. Dlatego teraz stał w progu i czekał, aż wydam z siebie pisk radości i euforii.
-Jest bardzo przytulne. - powiedziałam nieco przygaszona. Nie chciałam sprawiać mu przykrości jednak myślałam, że mówiąc ,,Przerobiłem to mieszkanie tak, że nie będziesz chciała z niego wychodzić'' ma na myśli spełnienie moich marzeń co do tego wnętrza, a nie pójście w ,,klasykę''. Przez jego twarz przeszedł cień smutku jednak nie dał po sobie tego poznać.
-Chcesz zobaczyć resztę? - zapytał z nadzieją.
-Tak pewnie. - odparłam z nieco naciąganym uśmiechem. Jack poprowadził mnie przez salon połączony z kuchnią do drzwi na samym końcu po prawej stronie. Weszliśmy do środka. Jak się okazało następnym pomieszczeniem które przyszło mi oglądać była sypialnia. Była dość mała. Po prawej stronie stało łóżko zajmujące większość powierzchni, a po jego obydwu stronach stały średniej wielkości stoliki nocne. Naprzeciwko łóżka znajdowała się wielka, zajmująca całą ścianę szafa z lustrzanymi rozsuwanymi drzwiami. Cały pokój utrzymany był w tonacji  beżu, a gdzieniegdzie można było znaleźć brązowe dodatki.
-Wow! - postanowiłam udawać zachwyt. Kochałam Jacka i wiedziałam, że się starał. Nie chciałam tego olewać i sprawiać mu przykrości ignorując jego pracę i narzekając. - Jest na prawdę piękna. - dodałam.
-Wiedziałem, że Ci się spodoba. - uśmiechną się, jakby co najmniej miano mu wręczyć złoty medal tylko nie wiem za co. Nie wiem też skąd we mnie było tyle ironii i jadu. Czy nie powinnam  cieszyć się z nowego mieszkania?  - Chodź teraz zobaczyć łazienkę. - uśmiechnął się jeszcze bardziej. Jak się chwilę potem okazało ,,łazienka'' była jedną wielką porażką i nie chodzi tu wcale o wielkość która rzeczywiście nie powalała. Była w kolorze pomarańczowym! Ja nienawidziłam pomarańczowego! Jak on mógł o tym nie wiedzieć? Tym razem nie potrafiłam nawet udawać zadowolenia, stwierdziłam też, że nie mogę powiedzieć mu prosto w twarz ,,Nie podoba mi się! Nienawidzę pomarańczowego!'' . Tak więc zdobyłam się na krótkie ,,spoko''. Brunet chyba zauważył, że coś jest nie tak bo od razu się o to zapytał. - Coś jest nie tak? Nie podoba Ci się?
-Nie, jest naprawdę ładna, tylko jestem trochę zmęczona.
-Rozumiem - powiedział i przytulił mnie mocno. Odwzajemniłam uścisk. W jego ramionach czułam się bardzo bezpiecznie. Staliśmy tak jeszcze przez chwilę dopóki Jack mnie nie puścił. - Pójdziemy coś zjeść? - zapytał gdy już się od siebie oderwaliśmy.
-Tak pewnie! - dopiero wtedy zauważyłam jak bardzo jestem głodna. Nie jadłam nic od 7 godzin! - Wejdziemy w drodze powrotnej do jakiegoś sklepu, trzeba kupić wszystkie podstawowe rzeczy. - dodałam przypominając sobie, że lodówka pewnie jest pusta, a poza tym nie zabrałam z domu takich rzeczy jak : szampon, żel pod prysznic  czy balsam do ciała.
-Okey, jest dopiero szesnasta więc powinniśmy zdążyć. To jak idziemy? - zapytał.
***
Jak się okazało Jack zabrał mnie do pizzeri. Nie było to zbyt romantyczne, ale z drugiej strony wcale mnie to nie zaskoczyło. Był przecież typowym Amerykaninem. Kochał FastFood. Ja osobiście do pizzy nic nie miałam, jednak nie wpisywałam jej na listę ulubionych dań.
-To jaką bierzemy? - zapytał wychylając się zza karty.
-Mi to w sumie obojętne, ale nie lubię mięsa więc jakąś wegetariańską. - powiedziałam, aby zaznaczyć, że nic typu ,,Mięsna uczta''albo ,,Wyżerka farmera nie wchodzi w grę''.
-To może ty weź ,,Neapolitańską'', a ja wezmę ,,Mięsną ucztę'' - wiedziałam. Nie zrezygnuje przecież z mięsa dla swojej dziewczyny. Z jednej strony mogłabym się obrazić jak te wszystkie panienki z komedii romantycznych, ale z drugiej strony zaproponował mi drugą pizzę więc  w czym problem?
-Niech będzie. - uśmiechnęłam się sztucznie, ale on zdawał się tego nie zauważać. Po trzydziestu minutach kelnerka przyniosła nam pizzę. Posiłek zjedliśmy w ciszy, ale może to i lepiej. Gdy już wyszliśmy była godzina siedemnasta trzydzieści, a Jack postanowił mnie zabrać na ,,romantyczny'' spacer po parku. Słońce co prawda jeszcze świeciło, ale zbliżało się już ku końcowi swojej codziennej wędrówki. Park do którego zaprowadził mnie Jack był bardzo duży. Schludnie posprzątane alejki z kamiennymi ścieżkami mogłyby tworzyć istny labirynt. Drzewa cicho szumiały tworząc piękna muzykę w akompaniamencie ptaków. Co prawda nie spotkaliśmy ani jednej osoby, ale ja i tak czułam się dziwnie skrępowana. Nie przywykłam do takich ,,wypadów''. Chociaż zależało mi na moim chłopaku i można powiedzieć, że na swój niecodzienny sposób go kochałam to nie mieliśmy zbyt dużo wspólnych tematów. Dopiero teraz zauważyłam, że przez ostatnie dni kiedy przygotowywaliśmy się na wyjazd w dość spiętej atmosferze, zbudowaliśmy między sobą pewien mur. Nie był on jakiś wielki i nie do pokonania, ale stanowił już pewną przeszkodę w kontaktach między nami. Nie to żebyśmy kiedyś mieli tysiące tematów do rozmów i rozmawiali całymi dniami, a potem nawet nocami płacąc niebotyczne rachunki za telefon. Wtedy myślałam, ze to normalne. Jednak teraz już wiem, że nie. Nagle Jack przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Nie było w tym tego niezwykłego smaczku co kiedyś. Teraz było to coś normalnego, rutyna. Oddałam pocałunek jednak po chwili odsunęłam się i powiedziałam coś czego na pewno nie powinno mówić się po czymś takim.
-Sklepy zamykają za 2 godziny, kochanie. - powiedziałam po czym lekko się zarumieniłam. Czy tylko ja uważam, że to nie był odpowiedni czas na takie ogłoszenie ? Brunet zlustrował mnie od góry do dołu po czym przytakną i ruszył w kierunku ulicy. Tuż za rogiem był całkiem spory sklep, jak ja to mam w zwyczaju mówić, ze wszystkim. Weszliśmy do niego i wpadliśmy w wir zakupów. Wypełniliśmy cały koszyk po brzegi, tymi i innymi ,,najpotrzebniejszymi rzeczami i kilkoma innymi które wcale nie było potrzebne ale ja je chciałam'' i ruszyliśmy do kasy.
-Należy się równe siedemdziesiąt pięć dolarów proszę Pana. - powiedziała kasjerka uważnie lustrując mojego chłopaka i robiąc przy tym maślane oczka. Wspomniałam o tym, że mnie kompletnie zignorowała? Nie? W takim razie powiem tak : kompletnie mnie zignorowała. Wyszliśmy ze sklepu z kilkoma siatkami które oczywiście prawie pękały.
-Mieszkamy dwieście metrów stąd. - oznajmił mój partner, co chyba miało oznaczać, ze idziemy na pieszo. Nie odpowiedziałam mu, byłam zbyt zajęta rozmyślaniem o moim, znaczy się naszym związku. Jack był przystojny i wysportowany. Krótkie włosy postawione na żel, opięta koszulka uwidaczniającą jego mięśnie na brzuchu, zniewalający uśmiech. Każda dziewczyna rozpływała się na jego widok, ja kiedyś też. Teraz jednak widziałam w nim także wady. Był zaborczy, czasami egoistyczny i co najgorsze szybko wpadał w gniew. Bywały i takie momenty w których się go bałam. Co prawda nigdy mnie nie uderzył, ale kiedyś prawie do tego doszło. Pamiętam ten dzień. To było w zeszłe wakacje. Mój kolega z podstawówki uczył mnie jeździć na koniu, a potem zaprosił mnie na herbatkę w rodzinnym gronie. Dobrze znałam jego i jego rodzinę. Przyjaźniłam się z nim od drugiej klasy podstawówki. Nagle do ich domu wpadł Jack. Niby panował nad nerwami, ale i tak było widać, że był nerwowy. Poprosił abym z nim wyszła. Doszliśmy w ciszy do jego domu. Nikogo nie było w środku. Brunet zatrzasnął drzwi i się zaczęło. Zrobił mi awanturę, że niby spędzam czas z innymi i na pewno go zdradzam. Kilak razy wyzwał mnie od : szmat, dziwek i innych takich ,,niezbyt cnotliwych'' po czym podszedł do mnie i chciał wymierzyć mi policzek, ale wtedy ktoś zadzwonił do drzwi. Po kilku dniach przeprosił mnie i zwalił wszytko na niepowodzenie w pracy, ja jednak wiedziałam, ze już nigdy nie będzie tak samo. Na samo wspomnienie felernego dnia zadrżałam. Właśnie wchodziliśmy do mieszkania. Jack zabrał się za rozpakowywanie różnych środków higienicznych, a ja gastronomicznych.
-Może obejrzymy dzisiaj jakiś film?! - krzyknął z łazienki.
-A co proponujesz?! - zapytałam równie głośno.
- Nie wiem w sumie. - odkrzyknął.
-Może kiedy indziej, dzisiaj jestem już bardzo zmęczona - powiedziałam stając w drzwiach łazienki.
-W takim razie zostawiam Cię samą w tej oto nowej łazience i pozwalam Ci się umyć - powiedział grobowym tonem.
-Dziękuję z taką możliwość, królu - odpowiedziałam po czym oboje się roześmialiśmy. Gdy już się umyłam od razu powędrowałam do łóżka, po kilkunastu minutach dołączył do mnie Jack. Ostanie słowa które usłyszałam brzmiały ,,DOBRANOC KOCHANIE''. Szkoda, że pobudka nie była równie miła.
***
-Wstawaj! Victoria wstawaj natychmiast! - usłyszałam gdzieś w oddali rozwścieczony głos mojego chłopaka. Po chwili poczułam jak ktoś lub coś ciągnie mnie za ramię, a moje plecy dotknęły zimnej ściany. Powoli otworzyłam oczy, a to co ujrzałam od razu z miejsca postawiło mnie na nogi. Rozwścieczony, doprowadzony do furii Jack stał i przyciskał mnie do ściany jedną ręką, a drugą trzymał swojego smartpohone'a.
-O co chodzi? - spytałam zlękniona. Przed oczami miałam sytuację z zeszłego roku.
-Ty się mnie pytasz o co chodzi?! To ja się Ciebie pytam, o co kurwa chodzi! - brunet był na prawdę zły. Wyciągnął w moją stronę rękę z telefonem i kazał mi przeczytać. W szarym dymku napisane było ,,Patrz stary! Nie wiem jak ty, ale ja się czegoś takiego nie spodziewałem!'', a w załączniku był 5 minutowy filmik. Wiedziałam co to nie musiałam tego otwierać.
-Ja Ci...Jack to nie tak! - zaczęłam się jąkać. Nie wiedziałam co mam powiedzieć.To miało nigdy nie wyjść na światło dzienne.Nagle chłopak walnął mnie w twarz na tyle mocno, że upadłam obijając sobie kolana o zimną, drewniana podłogę.
-Ty dziwko! Wiedziałem, ze jesteś jedną z tych tanich kurewek! - wrzeszczał na mnie. Po chwili postanowił zadać mi koleją falę bólu, tym razem kopniakiem w żebra Jak mogłaś?! To obrzydliwe! - krzyczał stojąc nade mną.
-Jack to nie tak!- ledwo co łapałam powietrze-Ja wcale nie jestem...-przerwał mi brutalnym podniesieniem mnie za włosy.
-Kim wcale nie jesteś? No kim?! Może mi powiesz, że wcale nie jesteś szmatą? - przyciskał mnie do ściany, patrząc mi prosto w twarz.
-Nie, nie jestem. - powiedziałam przez płacz. Ledwo co łapałam oddech. Ból było ogromny. W pokoju panowała jeszcze ciemność.
-Kłamliwa suka!- wrzasnął po czym walnął mnie jeszcze raz w twarz. - Za godzinę ma Cie tu nie być! -dodał wychodząc z pokoju. Chciałam krzyknąć, że to nie tak, że ja wcale nie jestem dziwką, ale byłam zbyt obolała i znieczulona na cały świat.
***** 
Następny rozdział ukaże się : 1 Października 2015r. 

środa, 1 lipca 2015

Prolog

 ,,Wszyscy kiedyś umrzemy''
To zadziwiające że, koniec jednej rzeczy może być początkiem drugiej, wspanialszej ale za razem bardziej skomplikowanej. Nie do pojęcia jest to, że w momencie gdy myślimy, że tracimy wszytko otrzymujemy kolejny dar od losu. Małe ziarenko które będzie kiełkować i budzić się do życia na naszych oczach i kiedy wszytko będzie się waliło musimy myśleć tylko o nim, bo ono może być ostatnią dobrą rzeczą która nas spotka, ale najpierw musimy odpowiednio o nią zadbać. Ja osobiście uważam, że cierpienie, ból, rozstania i nagłe zwroty akcji są potrzebne w życiu tak samo jak miłość czy przyjaźń. To one sprawiają, iż dostrzegamy to co piękne i potęgują uczucie euforii. To one pozwalają na zauważenie najmniejszych promieni światła i szczęścia, bo przecież o wiele łatwiej jest dostrzec światło w ciemności. Nigdy nie myślałam, że moje życie okaże się tak ważne i będzie nieodłączną częścią życia kogoś takiego jak on. Nawet przez myśl by mi nie przeszło, że będę stać i uśmiechać się na samą myśl o nim. To piękne i wypełniające mnie uczucie ludzie nazywają miłością. Ja własnie dzięki niemu wiem co to miłość, bo to nie tylko wspólne mieszkanie, całowanie się przy świetle księżyca czy chodzenie za rękę po parku. Miłość do zobowiązanie, obietnica być zawsze i wszędzie z tą jedyną osobą, nawet w trudnych chwilach. Miłość to wspólna żałoba i dzielenie trudów życia. Miłość to poczucie odpowiedzialności za drugą osobę. Miłość to ja i on. Szkoda tylko, że tak późno to zrozumiałam.